zdjęcia z imprezy AFRICA QUEST 2009 (19-29 październik 2009)
index witryny
strona główna
wstecz



awaria nowego Jeep'a


jezioro na pustynii




wyschnięte jezioro



opuszczona wioska - ksar


skamieliny






bycze te jaja


arabeska czyli wersety koranu




targ oliwny



zdjęcia: Andrzej Szmigiel, Piotr Jaworski, Iwona Kozłowiec, Mariusz Reweda


zdjęcia z innych wypraw
zaproszenia na wyprawy z kilometrem

notatki uczestników:

21.10.2009, środa
Łomatko ! co to się wczoraj działo! Dzień okazał się koszmarem i to wcale nie ze względu na brak przygotowania czy naszego obeznania z życiem na łonie natury. Najbardziej zawodne okazało się to, co najmniej spodziewane i co właśnie niezawodne miało być. Samochód! Z powodu alarmu "hot oil" stawaliśmy jeszcze kilka razy. W końcu, przed jakąś wsią, puściliśmy załogę przodem i zatrzymaliśmy się, żeby zdemontować ze zderzaka wyciągarkę. Mieliśmy nadzieję, że jej nieobecność pozwoli dotrzeć do silnika większej ilości chłodnego powietrza. Zabraliśmy się do pracy. Nagle, jak szarańcza, dopadła nas grupa około 8 kilku- i kilkunastoletnich chłopców. Hałaśliwi, złośliwi i natrętni jak muchy. Ponieważ skrzynka z narzędziami leżała z przodu samochodu, starałam się jej pilnować, bo tym dzieciakom wszystko jest potrzebne. Tzn. nie jest, ale chcą brać wszystko, zwłaszcza bez pytania. Musiałam na gwałt zamykać okna i drzwi, bo wchodzili i zaglądali wszędzie. Wyciągarki nie udało nam się odkręcić, upilnować małych tubylczych złodziejaszków tez nie. Nie wiemy nawet w którym momencie odkręcili wentyle od wszystkich kół, z zapasowym włącznie. Stało się jasne, że z tego miejsca trzeba się bezwzględnie ewakuować.
Pojechaliśmy dalej. Gorąca woda, gorący olej nie kazały długo na siebie czekać. W końcu dołączyliśmy do grupy i razem zjechaliśmy w koryto suchej o tej porze roku rzeki, gdzie planowany był popas obiadowy.
Męskie grono zgodnie zabrało się za ratowanie naszej paskudnej sytuacji. Po krótkiej naradzie ustalili, że przyczyną naszych problemów jest prawdopodobnie zacięty termostat i że trzeba działać od razu. Więc po pierwsze należało go zlokalizować. Andrzej odpalił komputer i korzystając z Internetu ustalił położenie tegoż urządzenia, które nie wiem nawet jak wygląda… Następnie należało go z mozołem odkręcić, wykręcić i wykonać szereg skomplikowanych działań rozbiórkowo-naprawczych. Chłopaki zdjęli błotnik z lewego przedniego koła, więc awaria nabrała jeszcze większej powagi, a samochód wyglądał jak poważnie niepełnosprawny. Za to mój dzielny mąż wyglądał jak wykwalifikowany mechanik pojazdów różnych, w dodatku taki, co to od tygodnia nie wychodził z kanału. Podrapany, brudny, zmęczony, a co najgorsze - wcale nie szczęśliwy, bo nawet nie wiadomo było, czy ta mordęga przyniesie spodziewany efekt. W całej akcji towarzyszyła nam oczywiście zgraja miejscowych pomagaczy, którzy nie wiadomo skąd wyrastali przy nas jak grzyby po deszczu, i każdy z nich po swojemu miał do przekazania 1000 dobrych rad. W końcu, o ciemku i bez obiadu (my, a przez nas cała załoga także) wyruszyliśmy do miejsca noclegu. To niby tylko 55 km, ale w tych warunkach i ciemnościach, przez góry, to naprawdę długa droga.
Ok. 20-stej osiągnęliśmy cel. Na kolację kubek żurku i pajda chleba, pseudo mycie w kropli wody i przy użyciu dziecięcych chusteczek, pół godzinki towarzyskiej konwersacji w naszym miłym gronie i do "sypialni". Marek był padnięty, ja tez od samego stresu. Trochę się obawiałam o nasz dobytek pozostawiony przy samochodzie, bo miejsce kompletnie dzikie i odludne, a jednak kręcili się tu jacyś tacy… ci ichni. Ale pal sześć, wyjścia nie było. W nocy obudził mnie ulewny deszcz. Nasłuchiwałam nocnych odgłosów, bo wyobraźnia działała i wydawało mi się, że się ktoś do nas dobiera. Zrewidowałam w myślach szybko inwentarz na zewnątrz pod kątem nieodwracalnego zamoknięcia, ale nic takiego nie ustaliłam i w końcu udało mi się zasnąć.
Wstaliśmy wcześnie, śniadanko, prysznic - zadziałał świetnie. I tylko wody było lekko mało, bo uzupełnialiśmy nią przecież wczoraj chłodnicę. Pakowanie manatków, szybka kawa i o 9.00 start.
Wyruszamy pełni obaw o naszą maszynę. "Hot oil'em" się przejmować nie będziemy, w końcu świeci się na zielono, więc nie może to być żaden poważny alarm. Podjęliśmy trudną decyzję, ze jeśli dziś problemy wrócą, będziemy musieli wracać. To przykre, ale nie możemy obciążać sobą grupy, w końcu oni przyjechali tu po swoje przygody, a nie po to, żeby nas niańczyć. I tak są cierpliwi i uczynni i za to im dziękujemy. Rubiku nasz, auciku, wyzdrowiej!
Później
Dziś środa, dzień targowy. W mijanych wioskach wielkie poruszenie, wszyscy szykują się na targ. Kobiety ubierają się tu bardzo kolorowo. Te ich szaty jakby uszyte z tego, co znaleziono w domu - prześcieradło, zasłonka, obrus, ale przez to bardzo różnorodne i niepowtarzalne. Każda inna, nie ma mowy, żeby dwie ubrane były jednakowo. My tez wybieramy się na targ. Właśnie dojeżdżamy.
Jeszcze później
Targ niesamowity! Różnorodność barw ludzi, warzyw, owoców, przypraw cieszyła oczy jak tęcza na pochmurnym niebie. Fantastyczny klimat miejsca, ludzie, choć wyraźnie biedni, to jednak uśmiechnięci. Sprzedawca słodyczy musiał mi napisać, ile mam mu zapłacić, bo francuskiego nie kumam, po arabsku tym bardziej. No i napisał - po arabsku! W końcu jakoś się "dogadaliśmy". Żeby mi wydać resztę sięgnął do "kasy fiskalnej" kolegi - plastikowej miski. Stary krawiec, szyjący coś z jeansu na starym singerze, zagadywał cos uprzejmie, niestety nie rozumiałam. Kowal podkuwający osiołki dopełniał obrazu, poczułam się przez chwile jak na niemalże średniowiecznym rynku. A to przecież XXI wiek!
Podążamy dalej, dyskretnie spoglądając na wskazania chłodnicy.
Jest 13.40. Zaliczyliśmy dotankowanie wody pitnej, kąpielowej i paliwa. W tutejszej restauracji przy stacji benzynowej zjedliśmy pożywny obiadek. Smakowita ni to zupa ni to coś, z fasolki, dość ostra, ale bardzo smaczna, jak to określiła Asia - "mało puszkowa". I Marek mięsko - pokrojone jak do gulaszu, ale usmażone lub grillowane z przyprawami i świeżą kolendrą chyba. Równie smaczne, co apetycznie pachnące i wyglądające. A ja wreszcie spróbowałam tej herbaty, o której pisał Mariusz w "Smaku kurzu". Dość mocna, słodka jak ulepek i bardzo aromatycznie miętowa, bo zawierająca nie -jak ewentualnie u nas listki mięty -ale całą jej gałąź. Pycha. Takie mojito na gorąco.
Na razie jedziemy cały czas po asfalcie, teraz nawet główna drogą. Nasze wskaźniki rokują dobrze, ale wolę nie zapeszać, bo wspinanie się w góry dopiero przed nami. Czas pokaże. In sallah, jak mówią muzułmanie. Jak Bóg da….
[...]
W każdej mijanej wiosce widać minarety. Wszystkie one są bardzo podobne, kilku zrobiłam zdjęcia. Nie ma w nich nic szczególnie ciekawego architektonicznie, ale to widok typowy w tej kulturze, są jej budowlami charakterystycznymi. Właściwie nie powinno to być nic zaskakującego, u nas w każdej jednej miejscowości też w pierwszej kolejności widać wieże kościołów. A meczety to nic innego jak lokalne kościołki. Tylko nasze kościółki w tygodniu praktycznie pogrążone są we śnie, a tutaj co kilka godzin słychać śpiewy modlitewne muezinów.
W okolicy, w której dziś jesteśmy, ludzie są przyjaźni i każdy nas pozdrawia. Iwona mówi, że tu nie docierają turyści i tubylcy nie są "zmanierowani". Muszę przerwać pisanie, bo jedziemy po takich dziurach, że się pisać nie da, później się sama siebie nie doczytam.
Później
Jedziemy rozległą doliną w górach Atlasu Średniego. W większości jak okiem sięgnąć, porośnięte niską roślinnością, kępkami traw, bezkres i bezludzie. Słońca coraz więcej, temperatura z porannych 13 stopni podniosła się do 21. Ach, jak mi się podoba! Jeszcze jak sobie uświadamiam, że to Afryka, a nie Europa, czuje dreszczyk emocji. Iwona opowiada same ciekawe rzeczy, jak w tej drobnej osóbce mieści się tyle wiedzy?
Teraz przed nami hamada - pustynia kamienista. Tam dziś mamy nocleg. Ale do wieczora daleko jeszcze. Najpierw zmierzamy do Missour, tam zrobimy dłuższą przerwę.
Z asfaltu zjechaliśmy w szutrową drogę. A tu raptem motory, quady, samochody terenowe. Polska! Chyba jakiś rajd, bo grupa jest dość spora. Może to ten nagłaśniany RMF Maroko Challenge, o którym przed wyjazdem słyszeliśmy w radiu? Na naszej drodze strasznie się kurzy, no ale w końcu jesteśmy na pustyni. Zaskoczyło mnie to, co powiedział Mariusz, że tak wygląda większa część Sahary. A ja, jak pewnie większość ludzi, wyobrażałam sobie, że Sahara to piaszczyste złotym piaskiem wydmy jak w Łebie, tylko odpowiednio bardziej rozległe, takie jak w piosence starego "Bajmu". Ale jęzory piachu tez będziemy mieli okazję zobaczyć podobno.
Dojechaliśmy na miejsce spoczynku. Obóz ustawimy w korycie ouedy - wyschniętej rzeki. Jej spękane dno wygląda jak pokryte potrzaskanymi naczyniami glinianymi. Ale za to jest to wyrobisko po wybranych kamieniach, bo obok budowano najwyraźniej niedawno drogę szutrową i zwały tych kamieni dają osłonę przed wiatrem i zaciszne zakątki na… potrzeby inne.
[...]
23.10.2009, piątek
Dziś rano, jak tylko wzeszło słońce, zrobiło się cieplutko. Jest 8.00, a już 17 stopni, spodziewam się prawdziwie letniej pogody. Oczywiście rano prysznic luksusowo. Wiemy już, że aby się wykąpać tak jak lubimy, obydwoje, potrzebujemy min. 1,5 baniaka wody.
Suche dno rzeki okazało się niezgorszym miejscem na biwak. Oczywiście tam, gdzie dokonaliśmy porannych ablucji, zrobiła się kupa, brzydkie gliniaste błoto znaczy. Ale wniosek jest prosty - sucha glina jest lepsza od mokrej gliny. Nie jest to odkrywcze, ale jak się tego doświadczy, można napisać o glinie elaborat. W dobrych nastrojach i w pięknej pogodzie rozpoczynamy kolejny dzień naszej marokańskiej przygody.
Później
Zwiedzaliśmy opuszczoną wioskę z gliny. To wygląda jak średniowieczne ruiny jakichś domostw, ale jest jak najbardziej współczesne. Oni tak tu żyją - lepią swoje domki z gliny, bo jest łatwym do zdobycia budulcem, dobrze izoluje temperatury i łatwo się naprawia. Dopóki, dopóty jakieś ulewne deszcze nie nawiedzą regionu, bo woda te domy po prostu rozpuszcza.
Potem zatrzymaliśmy się po paliwko. Leniwy postój, bo w kontekście niedalekiego powrotu do przedzimowej aury to słońce powoduje, że udziela nam się południowy spokój i rozleniwienie. Spróbowaliśmy tu tradycyjnego marokańskiego dania - tajin. W glinianych naczyniach o stożkowatej formie stawianych na żarze z paleniska dusi się warzywa - ziemniaki, marchew, cebulę, paprykę (ostrą) i chyba jabłko - z przyprawami i kozim mięsem. Danie wygląda na spore i wzięliśmy porcję przewidzianą dla 2 osób. Ale mięsa było tam tak niewiele, ledwo 2 małe kąski. W smaku też średnie. Ale pachniało kusząco i apetycznie, więc choćby jako ciekawostkę regionalną warto było spróbować.
Dziś jeszcze przed nami kilkadziesiąt km przełaju przez pustynię na azymut.
Jeszcze później
Fajnie było na tej pustyni. Pustynia - bo pustka - i tu mogliśmy to odczuć wręcz namacalnie. Po horyzont nic, tylko my i przyroda. Przejazd nie był trudny, ale od nas wymagał nieco koncentracji i dopracowania techniki jazdy, ze względu na bagażnik mocno ruchomy i klekoczący.
Po spotkaniu z resztą załogi i krótkim odpoczynku udaliśmy się w ostatni etap dzisiejszej trasy, do celu, na camping. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy kolejnej opuszczonej osadzie. Tu grupka dzieci chciała od nas souveniry, których nie mieliśmy. Były lekko natarczywe, ale nie tak jak tamci chłopcy podczas naprawy jeepa. Za to mężczyzna, który za nimi przyszedł, okazał się bardzo gościnny. Przyniósł nawet poczęstunek w postaci herbaty z nieopodal położonego domu. Witał się ze wszystkimi i żegnał podając rękę, i chciał z nami zdjęcia, nie żądając niczego w zamian. Po prostu był gościnny. To miłe.
Słońce zaczyna zachodzić, więc na camping zajedziemy pewnie o ciemku.
[...]
24.10.2009, sobota
Te wydmy saharyjskie z daleka wyglądają jak gigantyczna żwirownia. Taka mega naprawdę, bo rozciągają się na kilkadziesiąt kilometrów.
Zajechaliśmy wcześnie do hoteliku "Panorama" położonego na wzgórzu nieopodal wydm z widokiem na nie właśnie. Stąd zapewne nazwa tego miejsca. Tu dziś będziemy nocować. Ho ho, toż to luksus przecież po ostatnich dniach spędzonych "w dziczy". Hotelik ma koloryt bardzo lokalny, i wcale nie mam na myśli glinianego koloru ścian tak typowego dla tutejszych budynków. Ale w pokoju jest łazienka z prysznicem i ciepłą wodą i kibelkiem całkiem normalnym. To pierwszy raz od 6 dni, kiedy mogę wysiusiać się w typowej dla nas pozycji. W pokoiku stolik, dwa krzesła, jakiś wieszak, dwa kinkiety - tu o dziwo maja klosze, bo oni wszędzie używają samych tylko gołych żarówek. Łóżko - murowane, wygląda trochę jak katafalk, ale wydaje się być czysto.
Po południu wybieramy się "stadnie" zakosztować samochodami piasku i może trochę poszaleć… my czynimy ku temu odpowiednie przygotowania: wypakowujemy z Rubika wszystko co się da i zostawiamy w hotelowych kuluarach. Jak szaleć to szaleć, niech chociaż coś mamy z tego auta w tej wyprawie!
Zatem "ogarniamy się", obiadek (na który był omlet z pomidorami, podaje się go tutaj także w znanym mi już naczyniu tajin) i wyruszamy na wydmy, by pobawić się w piasku.
Później
Było gorąco, dosłownie i w przenośni. Chłopaki w oka mgnieniu przeobrazili się w żądne krwi (piasku raczej i kurzu) bestie i dawaj szaleć po piaskowych górach! My, mimo że odciążyliśmy czołg, jednak dość zachowawczo i nie szaleńczo. A bo to się chłodnica grzeje, bo bagażnik ledwo dycha, a w końcu i sprężyny do… do niczego. Porażka. Ale trochę frajdy mieliśmy, taką namiastkę i przedsmak tego, co mogłoby stać się naszym udziałem, gdyby Rubik sprawny był. Zwłaszcza patrząc na Piotrka i Andrzeja, oni na swoich maszynach nie zostawili suchej nitki. W oddali, w piaskach pustyni, widać było namioty Berberów. Czy Nomadów może, tu się w tych ludach pogubiłam. Poszliśmy więc "w gości", ja z nadzieją, że może znowu przypadkiem coś ciekawego zobaczę, co "zwykłym" turystom nie dane jest oglądać. Tymczasem wioska okazała się pusta, przygotowana raczej "pod publiczkę", o czym świadczył napis podwieszony pod jednym z namiotów "restaurant". Chyba jest tu oczekiwana jakaś niemiecka grupa na wieczór podobny do tych, jaki serwuje się turystom w hiszpańskich nadmorskich miejscowościach, pt. turniej rycerski, tylko tu w lokalnym klimacie i berberyjskim charakterze. Nic się tu nie działo, więc przez piach spowrotem do samochodu. Słońce dawało ostro, jak u nas w najgorętszych dniach lata (32 stopnie), więc uciekliśmy. Wracając postanowiliśmy zahaczyć jeszcze o nieodległe jeziorko, na którym podobno można spotkać flamingi, a w którym pierwszy raz od kilku lat jest woda. I tam… Niebezpiecznie jest jeździć bagnistym brzegiem, oj niebezpiecznie! Ugrzęźliśmy totalnie. Jeden samochód z wyciągarką nie dał rady, potrzebne były dwa i łopata. Bez - kolejny raz - pomocy naszych druhów i kompanów nie dalibyśmy rady się wygrzebać. Ale tym razem dokumentacja zdjęciowa jest pełna, i tak nie mogłam wiele pomóc, więc robiłam chociaż zdjęcia. Na koniec, kiedy pojechaliśmy już po wszystkim na wzgórze za jeziorkiem okazało się, że Marek zostawił na miejscu zdarzenia sandały, które w ferworze walki, całe zaglinione, zrzucił na brzegu. Zrzucił, ale jakoś słabo mnie nakierował, żebym się nimi zajęła, bo mocno byłam zdziwiona, że pyta gdzie je włożyłam. Było tam tylu tubylców, że szczerze mówiąc nie bardzo wierzyłam w ich odzyskanie. I rzeczywiście - podjeżdżając do "naszego" bagienka spotkaliśmy tubylca na rowerze, który uradowany znaleziskiem pędził z Marka sandałami raczej w kierunku swojego domostwa, niż w naszym. Ale nie daliśmy mu wyboru: 10 DH do ręki, uśmiech nr 7 i sandały były znów nasze!
Potem już bez przygód wróciliśmy do hoteliku "Panorama", by się odświeżyć i doczekać kolacji.
Jest pięknie, jest wspaniale, jest fan-ta-sty-cznie!
25.10.2009, niedziela
Dziś mamy do przejechania niewiele, bo ok. 120 km. Noc była duszna, ale hotelik naprawdę przyjemny. Pan Berber prowadzący ten przybytek uczynny i dowcipny, dobrze nam tu było.
Słońce przygrzewa ostro, pomalutku zbieramy się do dzisiejszego odcinka.
[...]
Później
Jest wieczór. Siedzimy przy stoliku koło "naszego domu" i walczymy z komarami, zrezygnowani całodzienną walką z pojazdem. Musieliśmy zawrócić z planowanej na dziś trasy polną, wyboista drogą i dojechać tutaj asfaltem. Wszystko nam się psuje, dosłownie wszystko! Bagażnik cały rozlerany, tylko czekać, kiedy nam spadnie na głowę. Grzeje się wciąż woda w chłodnicy, przegrzewa się jakiś olej. O zawieszeniu nie mówię, bo go praktycznie nie mamy - każda dziura czy uskok na drodze to łomot nie z tej ziemi. Na dodatek skrzynia biegów też się zbuntowała i nie dodaje wyższego biegu. Jednym słowem koszmar. Atmosfera w aucie tez gęstnieje w miarę zagęszczania się problemów technicznych. Trudno się dziwić, szczęściem jakoś się w tej sytuacji nie kłócimy.
[...]
26.10.2009, poniedziałek
Noc była… długa. Nie spałam pod namiotem kilkanaście lat, więc wszystkie dźwięki były mi podejrzane. Na dodatek pod wieczór okazało się, że towarzyszą nam nie tylko komary jak krowy, czepliwe skóry pajączki i upierdliwe muchy, ale jeszcze - o zgrozo! - polne myszy, koszatniczki. No to w ogóle nie jest fajne, nie chciałabym się obudzić podgryzana przez mychy. Za życia na dodatek. Szczelnie zapinamy namiot. Zasnęłam ze sporym opóźnieniem.
Rano prysznic - oczywiście w naszej "łazience", bo w gaju palm daktylowych oprócz robali i daktyli nic więcej. I wcześnie wyruszyliśmy, bo dziś długa droga, w dodatku przez Atlas Wysoki. Przez kanion. Oj, pięknie byłoby sprawnego jeepa mieć, pięknie! A tak… dość to była uciążliwa przeprawa. Ale daliśmy radę! Teraz mamy krótką przerwę posiłkową w małym miasteczku i ruszamy zaraz dalej, bo jeszcze wiele kilometrów przed nami. Termometr w samochodzie wskazuje 31 stopni, w miasteczku widziałam 37 i bardziej w to wierzę. Pali niemiłosiernie.
Zapomniałam napisać, że przedtem, w górach, w tym kanionie, skończyła nam się droga. Mieszkańcy wsi przy wjeździe do kanionu uprzedzali nas o tym co prawda, ale nie daliśmy im wiary, tym bardziej, że w kolejnej wiosce zeznania były inne. Zajechaliśmy daleko już i z wielkim wysiłkiem, bo to raczej kamienny szlak był niż jakakolwiek droga. Wydawało nam się nawet, że nie wiedzieli chyba ci ludzie co mówią, kiedy faktycznie - wyrwa w ścieżce i koniec szlaku. Szczęśliwy zbieg okoliczności chyba, albo może zasadniej byłoby stwierdzić że Ręka Fatimy sprawiła, że akurat był tam sobie spychacz. Tak po prostu. Więc 20 minut przerwy na kawę i drugie śniadanie i proszę bardzo, droga jest. Specjalnie dla nas! Jedziemy więc dalej.
27.10.2009, wtorek
Nocleg spędziliśmy w hotelu "Jasmina" w samym sercu kanionu Toudra, w najwęższym jego miejscu, między zboczami 300-metrowych skał. Hotel nie był tak klimatyczny jak ten poprzedni, ział pustką i jak dla mnie był ponury. Zaskoczyło mnie, że mimo wielu prymitywnych rozwiązań i w ogóle dość prymitywnego wyposażenia (oczywiście żarówki bez kloszy, ale to tylko drobny przykład), w pokoju znajdowały się świeczki, że takimi drobiazgami chcą zadbać o dobry nastrój gości. Taaaa….. Nastrój. Rano się okazało, jaki nastrój, wiedzieli co robią. Rano po prostu nie ma prądu. Ot i cały nastrój. Ale kolacja była ok., łóżko też wygodne i ciepły prysznic. Swoją droga, powtarzam o ciepłym prysznicu, jakby to był ósmy cud świata. W domu nikt z nas nie zastanawia się przecież nad prysznicem i nie mówi w ogóle o tym, czy brał prysznic czy nie, to normalne przecież. Ale tutaj ciepła woda i możliwość zażywania kąpieli w warunkach powiedzmy, w miarę higienicznych, są na wagę złota i są luksusem, stąd tyle moich peanów nad bateriami prysznicowymi.
Dziś musimy dotrzeć do Fezu, to ponad 500 km, na szczęście utwardzonymi drogami. Jedziemy.
W drodze
Od kilku dni we wszystkich wsiach, miastach i miasteczkach wielkie poruszenie - król będzie przejeżdżał! Dziś napięcie sięga zenitu, w samochodach na szybach poprzyklejane zdjęcia króla, ulice wysprzątane, mnóstwo flag i szarf z arabskimi napisami, pewnie powitalnymi. I bardzo dużo patroli żandarmerii i policji. My jedziemy sobie głównymi, malowniczo położonymi drogami, nie spiesząc się, w kierunku Fez. Na pustkowiu, wśród czerwonych bezkresów Atlasu, na małym wzgórzu, zrobiliśmy sobie dłuższy postój na konkretne śniadanko. Krzesła, stoliczek - jedliśmy po królewsku i delektowaliśmy się urokami okolicy.
W dalszej drodze skusił nas przydrożny berberyjski sprzedawca. Ten to ma sklep! Setki dzbanów i dzbanuszków, berberyjskich naczyń, dywanów, biżuterii. Kupiliśmy małe co nieco i śmigamy dalej. Krótko przed nami Piotrki, bo spotkaliśmy się z nimi w owym przydrożnym "punkcie handlowym". Andrzejów na razie nie widać.
Później
Skończyła się dobra nawierzchnia po rozwidleniu dróg w kierunku na Fez, Dziurawa tarka i od razu nasz środek lokomocji przypomniał sobie o wszystkich chorobach, na które cierpi. Nam tez dobry nastrój się ulotnił wprost proporcjonalnie do rosnącej temperatury wody i narastającego klekotu bagażnika i stukania odbojników. Ustaliliśmy, że z Fezu uciekamy raniutko i opuszczamy ostatni nocleg z grupą. Jedziemy prosto do granicy, żeby jeszcze w środę przeprawić się do Europy.
Justyna Żak